Prezes Stowarzyszenia Pomocy Bliźniemu im. Brata Krystyna o odpowiedzialności za drugiego człowieka i gotowości do poświęcenia

by Przemysław Radzyński
– Przez 34 lata nie wziąłem ze Stowarzyszenia ani złotówki, chociaż należałaby mi się bardzo wysoka pensja. Ale Pan Bóg jest łaskawy. Jestem przedsiębiorcą. Mnie utrzymuje Pan Bóg i moja firma – mówi Augustyn Wiernicki, prezes Stowarzyszenia Pomocy Bliźniemu im. Brata Krystyna, które w Gorzowie Wielkopolskim i w całym województwie lubuskim pomaga dziesiątkom tysięcy potrzebujących. Mówi, że są dwa warunki, aby dołączyć do Stowarzyszenia: musisz chcieć odpowiadać za innych i być gotów się poświęcić.

Stowarzyszenia Pomocy Bliźniemu im. Brata Krystyna powstało w 1992 roku. Co doprowadziło 43-letniego wówczas męża, ojca i przedsiębiorcę do jego założenia?

Dorastałem w antykomunistycznej rodzinie. A wszyscy, którzy za komuny mieli ambicje, a nie należeli do PZPR-u uciekali albo do PAX-u, albo do Stronnictwa Demokratycznego, albo do Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego. Po studiach na Akademii Rolniczej w Poznaniu zapisałem się do ZSL-u. Miałem 24-lata, byłem bardzo aktywny. Szybko mnie awansowali. Zostałem prezesem ogromnej wtedy spółdzielni handlowej, która zaopatrywała kilka powiatów. Odnosiłem sukcesy. Ale mój antykomunizm zemścił się na mnie po wybuchu stanu wojennego. Zwolniono mnie na mocy dekretu o stanie wojennym, wyrzucono z mieszkania służbowego.

Wówczas to był wilczy bilet.

To była tragedia dla mnie, dla żony i dla nowonarodzonego syna. Uciekliśmy wtedy spod Zielonej Góry do Gorzowa Wielkopolskiego. Nie było szans na zatrudnienie gdziekolwiek, więc kupiliśmy z żoną zwykły kiosk. Okazało się, że w tym kiosku całkiem dobrze nam szło, założyłem nawet dwa kolejne sklepy. Zauważył to młody proboszcz parafii Pięciu Polskich Męczenników w Gorzowie – ks. Władysław Pawlik, który zaczynał budować kościół. Przyszedł i pyta, czy nie pomógłbym mu założyć stołówki dla ubogich. To był czas przewrotu społeczno-gospodarczego w Polsce. Pojawiło się wtedy dużo biedy. Proboszcz nie dawał rady pomagać samodzielnie tym, którzy przychodzili na plebanię. Byłem wtedy też przewodniczącym Rady Nadzorczej Spółdzielni Mieszkaniowej „Górczyn” w Gorzowie. Jej prezes (śp. Benedykt Wiśniewski) obiecał przeznaczyć pomieszczenie na stołówkę. Wyremontowałem je, wyposażyłem kuchnię i ze swojej działalności sfinansowałem kucharkę. Proboszcz mówił o stołówce na kilkanaście osób, a jak ją otworzyliśmy, to przyszło pięćdziesiąt… a za dwa tygodnie sto a potem sto pięćdziesiąt… Załamałem się, nie byłem jeszcze Rockefellerem. Wyjechałem wówczas do Szwecji zobaczyć, jak funkcjonuje Armia Zbawienia.

Międzynarodowa organizacja dobroczynna założona przez pastora metodystycznego.

Część rzeczy mi pokazali, tych których nie chcieli pokazać, podpatrzyłem sam. Zobaczyłem, jak to u nich funkcjonuje i wróciłem z wyobrażeniem, jak to można zrobić w Polsce. Przemyślałem całą logistykę. Do stołówki przychodziło już po dwieście osób dziennie. Nie spałem po nocach. Stworzyłem cały system zaopatrzenia. Samochód jeździł po hurtowniach spożywczych i piekarniach, i żebrał o żywność. Resztę musiałem dołożyć od siebie. Gdy już przychodziło dwieście osób, trzeba było otworzyć drugą stołówkę…

A gdzie w tej historii Stowarzyszenie?

Zanim otworzyliśmy tę stołówkę, założyłem stowarzyszenie, żeby zainteresować tą pomocą większą liczbę ludzi. Jesienią 1992 roku zebrało się nas dwadzieścia kilka osób, a ówczesny biskup zielonogórsko-gorzowski bp Józef Michalik pobłogosławił tę dobroczynną działalność, która faktycznie rozpoczęła się 3 marca 1993 roku. Wiedziałem od początku, że to nie może być masowa organizacja tylko stowarzyszenie ludzi odpowiedzialnych. I do tej pory tak jest. Lokalne gazety nazwały nasz dział zaopatrzenia grupą żebraków, a ja zostałem kierownikiem tej grupy.

Dlaczego zdecydowali się Państwo nazwać stowarzyszenie imieniem Brata Krystyna?

Krystyn to młody czternasto- czy szesnastoletni chłopak, który w 1003 roku zginął pod Międzyrzeczem w grupie pięciu męczenników, którzy patronowali gorzowskiej parafii. Dobry chłopak. Był tam służącym, kucharzem dla tych zakonników – jedynym pośród nich właśnie z Międzyrzecza. I dzisiaj nam dobrze patronuje. 

Przełomowym wydarzeniem dla Stowarzyszenia okazała się wizyta Jana Pawła II w Gorzowie w 1997 roku.

Ówczesny biskup zielonogórsko-gorzowski Adam Dyczkowski zdecydował, żeby papieża przyjąć właśnie w parafii Pierwszych Męczenników Polskich. Ksiądz proboszcz Władysław Pawlik zaprosił mnie i ludzi ze Stowarzyszenia do komitetu organizacyjnego wizyty Ojca świętego w Gorzowie. Prezydentem miasta był wówczas Henryk Maciej Woźniak. Mówię wówczas do niego, że trzeba coś podarować papieżowi z tej okazji. Myślano o złotym kielichu, jakimś obrazie, a ja zaproponowałem zrobienie Centrum Pomocy Człowiekowi i nazwanie go imieniem Jana Pawła II. Pomysł zaakceptowano, a prezydent przekazał na tę działalność …spaloną restaurację. Dziś jest to najważniejsze miejsce w Gorzowie. Powstało centrum charytatywne – 1400 metrów kwadratowych na dwóch kondygnacjach. Można tu uzyskać m.in. pomoc prawną, psychologiczną czy żywnościową.

W tym centrum charytatywnym mieści się m.in. bank żywności.

Mamy dwa banki żywności, bo rozprowadzamy dwa tysiące ton żywności rocznie. Jeden bank jest hurtowy, do którego tiry przywożą żywność z hipermarketów. On obsługuje całe województwo lubuskie – mamy około 60 punktów dystrybucyjnych, najczęściej blisko parafii. W centrum charytatywnym jest bank detaliczny, w którym wydajemy żywność w kilogramach. W ciągu miesiąca przychodzi tu kilkaset potrzebujących osób. Nadal jest u nas też stołówka. Blisko centrum prowadzimy dwie noclegownie dla bezdomnych, z których korzysta około 100 osób (jedna jest przeznaczona dla 15 kobiet). Uruchomiliśmy dział dla osób uzależnionych, którym kieruje ks. kanonik Henryk Grządko – od 30 lat obecny w Stowarzyszeniu, mieszkający w budynku naszego centrum, co stało się na mocy decyzji ówczesnego biskupa zielonogórsko-gorzowskiego bp. Adama Dyczkowskiego.

Stowarzyszenie prowadzi też Ośrodek kolonijny sportowo-wypoczynkowy.

Naszymi staraniami weszliśmy w posiadanie w 1998 roku zniszczonego, ale pięknego ośrodka po kombinacie rolnym w miejscowości Długie w gminie Strzelce Krajeńskie. To jest dziesięć hektarów z naturalnym jeziorem, są tam nowoczesne boiska sportowe, świetlice, sale wykładowe, wszystkie pokoje z łazienkami – w standardzie hotelowym. Jednorazowo może przyjąć około 300 dzieci. My w Gorzowie prowadzimy też świetlice dla dzieci, z których codziennie korzysta kilkudziesięciu naszych podopiecznych – to m.in. oni korzystają w czasie wakacji z ośrodka kolonijnego.

Na Pana stronie internetowej jest takie hasło: „ponad cztery dekady pracy społecznej rozumianej jako codzienna, systematyczna odpowiedzialność za drugiego człowieka”. Jak rozumie Pan tą „odpowiedzialność za drugiego człowieka”?

Do rady Stowarzyszenia wybrałem ludzi, którzy chcą odpowiadać za innych. Kiedy składałem propozycje, to pytałem: „czy chcesz odpowiadać za tych bezdomnych, biednych, często może nie za bardzo pachnących, zniszczonych; za rodziny, w których dzieją się różne rzeczy?”. Aby dołączyć do Stowarzyszenia, trzeba było spełnić dwa warunki. Pierwszy – musisz chcieć odpowiadać za innych (oczywiście, żeby odpowiadać za innych, trzeba sobie najpierw radzić samemu – w naszym Stowarzyszeniu są sami tacy ludzie – inżynierowie, lekarz, hydraulik, księgowe). Drugi – musisz być gotów się poświęcić.

Ludzi, którzy do nas przychodzą pytamy: Czy chcesz się poświęcić? Czy człowiekowi, który nieładnie pachnie, podasz rękę, dasz jedzenie? Czy pijanemu udzielisz pomocy czy go odeślesz, aby wytrzeźwiał? A jeśli on nigdy nie wytrzeźwieje? Czy pomożesz dzieciom, które nie chcą wychodzić ze świetlicy i iść do domu, a czasem nawet chciałaby zostać na noc, chroniąc się przed tym co może na nie czekać w domu?

Owocem takiej filozofii jest pomoc dla kilku tysięcy dzieci, które skorzystały ze wsparcia Stowarzyszenia Brata Krystyna. 

Filozofia działania naszego Stowarzyszenia opiera się na dwóch filarach – formacji duchowej i intelektualnej. Nad formacją religijną, modlitewną i sakramentalną czuwa ks. Henryk Grządko, który jest od początku z naszym Stowarzyszeniem i nawet na co dzień tu mieszka. A ja czuwam nad tym aspektem intelektualnym – zapraszam różnych profesorów i wykładowców, aby nasi członkowie i działacze dobroczynni rozumieli z czym mamy do czynienia na świecie, z czego wynikają antykatolickie postawy, skąd się bierze bieda, żebyśmy mogli porozumieć się ze współczesnym człowiekiem. Katolik ma być mądry, a nie ciągle popychany. Samo klęczenie nic nie da – ora et labora – to nasza formuła działania.

Przez ponad 30 lat funkcjonowania Stowarzyszenia potrzeby, którym Państwo zaradzali z pewnością się zmieniały.

Potrzeby się zmieniają, ale też powracają. Był czas, kiedy potrzebna była masowa i szybka pomoc materialna. Na dużą skalę świadczyliśmy pomoc żywnościową. Dostrzegliśmy też dość szybko, że ludzie religijni lepiej sobie radzą i chętnie tej pomagają innym, dlatego chcieliśmy pomagać pod tym kątem. Ale dobrze wiedzieliśmy, że głodny człowiek nie będzie myślał o sprawach duchowych, więc najpierw zawsze zaspakajaliśmy potrzeby materialne. Najpierw przykład, później wykład. W tym stylu przez 34 lata pomogliśmy tysiącom ludzi biednych, byłym więźniom, bezdomnym czy alkoholikom.

Dziś też troszczycie się o potrzeby materialne?

Tak, bo bieda znowu wraca. Dziś dotyka seniorów, najczęściej samotnych starszych kobiet. Codziennie przychodzi ich do nas kilkadziesiąt. Wykupujemy im m.in. recepty, bo nie stać je na zakup leków. Przy okazji zaradzamy ich samotności przez zajęcia w naszej świetlicy.

Obserwujemy też biedę wśród młodzieży, która nie może znaleźć zatrudnienia na rynku pracy, nie dają rady ze spłatą kredytów na mieszkania.

My co miesiąc rozdajemy trzy tysiące bochenków chleba – przecież te kolejki nie ustawiają się przez bogatych…

Jaka jest skala pomocy świadczonej przez Stowarzyszenie?

Sama żywność dociera do 22 tysięcy osób. Do tego trzeba doliczyć tych, którzy korzystają ze wsparcia psychiatry, psychologa, adwokata albo przychodzą w innych drobnych sprawach wymagających pomocy – trzeba doliczyć kolejnych kilka tysięcy. To jest bardzo wielka skala.

Ile osób jest zaangażowanych w prace Stowarzyszenia?

Latem, kiedy uruchamiamy ośrodek kolonijny, musi być nas około 100 osób dziennie. A poza wakacjami – około 50. Część z nich jest u nas zatrudniona, większość to wolontariusze. 

Pan sam jest prezesem-wolontariuszem.

Przez 34 lata nie wziąłem ze Stowarzyszenia ani złotówki, chociaż należałaby mi się bardzo wysoka pensja. Ale Pan Bóg jest łaskawy. Jestem przedsiębiorcą. Mnie utrzymuje Pan Bóg i moja firma.

Aktualnie Stowarzyszenie modernizuje centrum charytatywne. Jakie są plany na najbliższą przyszłość?

Przygotowujemy dużą salę wykładową, ale też kilka mniejszych pomieszczeń, bo potrzebujemy pokoi dla adwokatów, psychiatrów i psychologów, bo ludzie też na taką pomoc liczą. Musimy mieć kolejne pomieszczenia do pomocy dla dzieci, bo w konkubinatach doświadczają niejednokrotnie przemocy.

Żeby dziś funkcjonować w silnie zlaicyzowanym świecie, katolicy muszą być silni – do tego potrzeba organizacji o mocnych fundamentach oraz przygotowanych religijnie i intelektualnie ludzi.

Na koniec zapytam o jeszcze jeden element Pańskiej działalności – jest Pan prezesem Ogólnopolskiego Zespołu Koordynacyjnego Związków i Stowarzyszeń Polskich Dzieci Wojny a także autorem książki na ten temat. 

Moi rodzice są dziećmi wojny (mama jeszcze żyje – ma 96 lat). Polityka społeczna zapomniała o nich, a to są główni świadkowie tego, co się wówczas działo. Nie mogłem obok tego przejść obojętnie, gdy widziałem parę milionów zmarginalizowanych ludzi. Oni najczęściej nie mieli dostępu do edukacji, do dobrej pracy, a wychowali nowe pokolenie Polaków. Stworzyłem całą sieć organizacji dzieci wojny w Polsce. Uważam, że powinni być podmiotem naszego kraju.

Rozmawiał Przemysław Radzyński

Stowarzyszenie Pomocy Bliźniemu im. Brata Krystyna w Gorzowie Wielkopolskim jest członkiem Polskiej Federacji Ruchów Obrony Życia.